21.9.16

Trzy białe, trzy szare






Pewnego razu Pan spotkał na drodze biedną kobietę.

– Niech będzie pobłogosławiona twoja droga! – rzekł Pan.

– Mało mają do błogosławienia ci, co nic nie posiadają – odparła na to niewiasta.

– A gdyby tak spełnione zostało jedno twoje życzenie?

– Och, gdybym tylko miała trzy owce, byłabym bardzo zadowolona.

Wtedy Pan podszedł do starego pnia drzewa i trzy razy zastukał swoją laską.

– Trzy białe, ukażcie się! – rzekł.

I od razu stanęły przed nim trzy białe owieczki. Podarował je kobiecie. Ta podziękowała pięknie i Pan poszedł dalej.

Długo nie trwało, a kobieta zaczęła się gryźć, że nie zażyczyła sobie czegoś więcej. A że już podpatrzyła, w jaki to prosty sposób można zdobyć owce, postanowiła również zastukać w pień.

– Trzy szare, ukażcie się! – rzekła.

A wtedy wyszły trzy wilki. Każdy z nich wziął jedną owieczkę i zniknął w lesie.


Bajka pochodzi z cyklu:
Trzy koziołki Bruse
Bajki, klechdy, podania i anegdoty z Norwegii
opowiedziane przez
Dariusza Muszera

26.5.14

Grzegorz Pertek o "Homepage Boga" - ProArte


"Dariusz Muszer – zdaje się – sam podpowiada, w jakiej konwencji gatunkowej należałoby Homepage… sytuować, a jest to wskazówka przewrotna: „Ludzie z przeszłości – mówi Doktor Multer do Gepina – wezmą pańską historię za fantastykę naukową, a to już połowa wygranej. Ziemianie uznają, że pan sobie to wszystko wymyślił, i nikt niczego nie będzie mógł panu zarzucić” (s. 168). Toteż wśród możliwych odniesień, inspiracji, najczęściej lub niemal zawsze, przywoływany jest Stanisław Lem. Tymczasem jednak – oto paradoks, w którym zresztą kumuluje się ogromna siła tej powieści – ludzie z przeszłości na dobrą sprawę nigdy tej książki nie przeczytają, a już tym bardziej nie przeczytają jej ludzie z przyszłości. Obu wymiarów czasowych de facto nigdy nie było i nie będzie. Oto możliwie niemożliwy fenomen pisania, z którego Muszer w pełni zdaje sobie sprawę i który doskonale rozgrywa w autotematycznej warstwie swej powieści".

Czytaj całość: ProArte

 http://proarte.net.pl/sites/default/files/logoPA_0.png

27.12.13

Krzysztof Maciejewski o "Homepage Boga" - www.papierowemysli.pl

"Dariusz Muszer jest także ironiczny, przy genialnym wręcz wyczuciu groteski. Owo groteskowe spojrzenie na świat daje znać o sobie w świetnych dialogach. Pisarz lekko wyśmiewa również wszechogarniającą rolę Internetu w życiu człowieka, czego wyrazem jest tytułowa witryna internetowa należąca do Boga. Nie ma tu jednak mowy o jakimś wyszydzaniu religijności, chodzi raczej o czysto socjologiczne ujęcie tematu. Porusza zaś przede wszystkim niebywała wyobraźnia socjologiczna, która pozwala kreślić obrazy panoramiczne przy jednoczesnym zachowaniu spojrzenia jednostkowego na historię. Gepin jawi się trochę jak Zeitgeist.

Nie ma też mowy o nudzie – książkę czyta się z rosnącą fascynacją towarzyszącą wszystkim zwrotom akcji. Językowo powieść jest majstersztykiem, ciekaw jestem, jak wypada w oryginale. Muszę ją polecić wszystkim miłośnikom dobrej lektury".

Krzysztof Maciejewski: Pisząc Lemem po niemiecku
Całość do przeczytania pod: www.papierowemysli.pl

18.12.13

Gromnica

Opinia publiczna Dolnej Saksonii została ostatnio mocno zbulwersowana wydarzeniami, które zaszły w pewnej przesiedleńczej rodzinie. Zamieszkała w Niemczech od sześciu lat Łucja Dziębło vel Helga Hartmann zakupiła w czasie swojego ostatniego pobytu w Starej Ojczyźnie gromnicę, czyli poświęconą świecę, którą, według obrządków katolickich, zapala się przy umierających lub w czasie burzy, aby odwrócić uwagę piorunów od mieszkania. Gromnica nie była jedynym zakupem dokonanym w Polsce, ale dla naszej historii najważniejszym. Mimochodem wspomnę, że Łucja-Helga nabyła również komplet emaliowanych garnków (czerwonych z zielonymi kwiatkami), piętnaście sznurów bursztynów, porcelanowy serwis do kawy, kilka kompletów pościeli, ludowy strój krakowski (dziewczęcy), dziesięć kilogramów szynki, dwadzieścia kilogramów cukru, cztery sztangi papierosów oraz Biblię Tysiąclecia w poprawionym wydaniu.

Gromnica bez kłopotów pokonała granicę na Odrze i w stanie nieuszkodzonym dotarła do miasteczka Hannover, gdzie spoczęła w pozycji wyprostowanej na sekretarzyku (produkt brazylijski) pani domu. Nie wiem, czy wszyscy pamiętają, jakie rozmiary osiągają polskie gromnice, przeto podaję, że wzmiankowana urosła na wysokość 75 cm. Zapewne spotkać można mniejsza lub, o zgrozo, większe świece tego rodzaju, ale w tym momencie jest to bez znaczenia. Ważniejsze jest, że gromnica stała na sekretarzyku, jednakże należycie nie mogła funkcjonować, jako że burze nie nawiedzały okolic, a także nikt z domowników nie miał zamiaru dobrowolnie przenieść się na łono Abrahama. Od czego jednak idee zastępcze: Łucja-Helga paliła wieczorami świecę dla Archanioła Michaela, który jakoby od 1879 opiekuje się naszym ziemskim padołem i ma zamiar to czynić jeszcze przez jakieś dwieście lat. Kolorowa pocztówka z wizerunkiem wzmiankowanego stała zawsze u podnórza gromnicy.

W Trzech Króli, około godziny dziesiątej rano, córka pani Hartmann, 10-letnia Zosia vel Sophie, dziewczę rezolutne i, jak na swój wiek, bardzo rozwinięte, czegoś tam szukała w sekretarzyku i... nie doszukała się. Nagle gromnica runęła na nią i dziewczynka, jak rażona piorunem, znalazła się na podłodze. Karetka pojawiła się w pięć minut, a w szpitalu stwierdzono na skroni guza wielkości izraelskiej pomarańczy oraz wstrząs mózgu spowodowany upadkiem. Dziewczę po kilku dniach przyszło do siebie. Poważniejszych zmian osobowości nie stwierdzono.

Jerzy vel Georg, mąż i ojciec, kiedy wrócił pod wieczór do domu, ze smutkiem stwierdził, że to wszystko jest karą za wiarę w bałwany, czyli za bałwochwalstwo. Chwycił Bogu ducha winną gromnicę w garść i próbował połamać ją na kawałki na... grzbiecie żony. Jednakże żona nie taka głupia, na jaką wyglądała: uciekała, aż się za nią kurzyło. Na początku małżonkowie ganiali się po mieszkaniu. Wybito szybę w drzwiach od sypialni, połamano jeden stołek kuchenny oraz zgnieciono klatkę dla królika, co biedne zwierzę przyjęło bez słowa skargi. W tej fazie sprzeczki gromnica tylko raz spoczęła na ciele niewiasty. Mąż właściwie celował w głowę, gdyż, według niego, tam mieścił się centralny ośrodek głupoty i zabobonności żony, ale że był wnerwiony, trafił w obfity zad. Baba z piskiem podskoczyła pod sam sufit, a następnie dopadła drzwi wyjściowych na korytarz. Nie krzyczała, gdyż było już po osiemnastej, czyli pora, kiedy nie można zakłócać spokoju współmieszkańców. Zbiegła po schodach na dół i dopiero na dworze przekonała się, że kusy i przewiewny strój, który na sobie miała, nie bardzo nadaje się na spacery. Było plus trzy stopnie. Nie starczyło jej już czasu, aby głębiej zastanowić się nad sytuacją meteorologiczną, gdyż za plecami usłyszała wściekłe sapanie męża. Ruszyła w podskokach przed siebie, czyli wokół czteropiętrowego bloku. Mąż, truchtem, za nią Po kilkuset metrach człek ów, nieco grubszy niż najbardziej liberalni lekarze zalecają, zrozumiał, że tego wieczoru na pewno nie dogoni już swojej prawicy i błyskawicznie zdecydował się rozwiązać sprawę metodą swoich przodków, dzikich myśliwych. Przystanął, zamachnął się i rzucił gromnicą w kierunku uciekającej. Łucja vel Helga runęła jak przeszyta dzidą gazela. Leżała pod latarnią niczym zapomniany przez robotników zwój kabli i nie dawała znaku życia.

I w tym momencie chłopa ogarnęło wielkie zwątpienie. Kroku nie mógł zrobić. Nie popatrzył w niebo, na które właśnie wdrapał się księżyc, tylko opuścił głowę i rozpłakał się jak sierota. Cóż, miał żonę – nie ma żony. A nie była przecież taka najgorsza...

Gdyby wiedział, co go za chwilę czeka, pewnie czmychnąłby w krzaki. Nie dostrzegł jednak, że zabita małżonka właśnie podniosła się, odszukała gromnicę, która, jak na poświęcony przedmiot przystało, cudem ocalała, i ruszyła na niego z wymalowanym na twarzy, morderczym zamiarem. Pierwszy cios w głowę nie zwalił Jerzego z nóg, dopiero za drugim przysiadł na ziemi. Łucja nie pamięta, ile razy uderzyła; pamięta tylko, że małżonek przez cały czas głupkowato uśmiechał się, jakby zobaczył wszystkie gwiazdy na nieboskłonie albo tłum rozśpiewanych aniołów.

Tym razem gromnica nie wytrzymała próby sił: została połamana na kawałki i w śmietniku zakończyła swój krótki i świętobliwy żywot.
Jeszcze tej samej nocy pan Dziębło vel Hartmann nie omieszkał odwiedzić pobliskiego szpitala. Lekarz, który dokonanywał obdukcji, dziwił się niezmiernie, że gromnica może wyrządzić tyle szkód na ciele człowieka. Pacjent również.

Już następnego dnia założona została sprawa rozwodowa. Będzie to pierwszy w dziejach hanowerskiego sądownictwa przypadek, w którym przedmiot kultu religijnego użyty został do pobicia jednego z małżonków.

Czy historia ta będzie miała równie dramatyczny ciąg dalszy, tego nie wiadomo. Na razie wszystko wskazuje na to, że małżonkowie będą musieli jeszcze przez jakiś czas żyć w tym samym mieszkaniu, odseparowani od łoża i od garnuszka. Być może Łucja vel Helga zapali Panu Bogu świeczkę i wszystko jakoś się ułoży. Dla pewności nie zapomni oczywiście o ogarku.

3.12.13

Kyou o "Homepage Boga" - papierowemiasta.blogspot.de/



"Zastanawiam się, jakim gatunkiem w ogóle jest ta książka. Im dłużej ją czytałam, tym mniej pasował mi każdy gatunek. Niektórzy pewnie nazwą ją fantastyką. Początkowo myślałam, że będzie to dystopia i w dużej części miałam rację. Przyszłość, która mimo rozwoju cywilizacji nie jest taka dobra, to już oklepany schemat. Po tylu publikacjach tego gatunku naprawdę trudno znaleźć w książce coś nowego, wyjątkowego. Tutaj mamy coś, z czym nigdy wcześniej się jeszcze nie spotkałam. Z ciekawością przewracałam kolejne strony. Otwierając Homepage Boga po raz pierwszy nigdy bym nie przypuszczała, że tak mi się spodoba. Przed czytaniem nawet się bałam, że nie podołam, że nie dam rady jej skończyć, że będzie dla mnie nieciekawa. A tu niespodzianka.
Dariusz Muszer zapewne trafi na listę moich ulubionych autorów. Z chęcią przeczytałabym także inne jego książki. Szczególnie w oko wpadł mi tytuł Niebieski. Pozycja opowiada nam o Zbawicielu, który ponownie zstąpił na Ziemię. Nie wiem, skąd autor bierze tak oryginalne pomysły". 

Całość do przeczytania pod: papierowemiasta.blogspot.de/

19.11.13

Polonista na emigracji: Zielona pilotka

Polonista na emigracji o powieści "Die Freiheit riecht nach Vanille" ("Wolność pachnie wanilią")


"Mówią o tej książce, że jest wstrętna. Całkowicie się pod tym podpisuję. Mówią, że czyta się ją z ochotą rzucenia nią o ścianę, ja również niejednokrotnie miałam na to ochotę. Kilka też razy, szczególnie w pierwszej części, chciałam w ogóle zaniechać dalszego czytania, lecz jakaś niewidzialna siła zmuszała mnie do kontynuacji tej dziwnej opowieści. Wiem, że nie zaznałabym spokoju dopóki książki bym nie doczytała i dopiero kiedy dobrnęłam do ostatniej strony poczułam prawdziwą ulgę, że to koniec, że nie muszę już więcej zanurzać się w brudny świat głównego bohatera. Może jeszcze przez kilka dni będą nachodziły mnie mroczne obrazy dawnej Polski albo śmierdzącego dworca w Hanowerze, ale potem chce już o tym zapomnieć i nigdy już do tego nie wracać. Bez wątpienia jednak, będę potrzebowała kilka dobrych dni aby otrząsnąć się z tej absurdalnej rzeczywistości Muszera".

Całość do przeczytania pod:

Polonista na emigracji: Zielona pilotka

Książka do kupienia pod:  

amazon.de 
xinxii.com

8.11.13

Cztery miesiące

(z cyklu "Wilczyca i wilk)


Niepostrzeżenie wilczyca i wilk są już ze sobą cztery miesiące. 

Nie jest to długo, gdy weźmiemy pod uwagę wieczność. Nie jest to też długo, jeśli czas ten porównamy z długością życia przeciętnego Europejczyka.

Jest to jednak długo, jeśli weźmiemy pod uwagę czas, jaki pozostał wilkom na ziemi.